do początku mapa serwisu kontakt  
 Pl  |  En 


























Home » Legendy

Rusałka przy moście z Janowca do Przyłęku (1897)

 

 

Dawno, dawno temu, młody chłopak z Janowca wybrał się na zabawę taneczną do Przyłęku, gdyż tylko tam takie zabawy w okolicy organizowano. Był jednak jednym z tych chłopców, który nie miał partnerki do tańca, bo nie miał jeszcze swojej dziewczyny. Dochodząc do mostu nad Nysą Kłodzką spostrzegł, że obok mostu stoi piękna i ładnie ubrana dziewczyna. Chłopak nie namyślał się długo i zaczął namawiać spotkaną dziewczynę, żeby wybrała się z nim na tańce. Dziewczyna była wyjątkowo nieśmiała, a starania namawiania chłopaka zbywała milczeniem. Widać było, że nie ma ochoty iść na tańce z nieznajomym. Chłopak robił się coraz bardziej natarczywy, więc dziewczyna odezwała się i powiedziała mu, że nie chce iść. Chłopak się zdenerwował, złapał mocno dziewczynę za rękę i siłą zaciągnął ją do Przyłęku do karczmy. Jak dziewczyna znalazła się na zabawie, okazało się, że jest najlepszą tancerką, wszyscy chłopakowi zazdrościli. Radość chłopaka nie trwała jednak długo, gdyż dziewczyna z każdym tanecznym krokiem zostawiała po sobie na podłodze ślady wody, co zostało w końcu zauważone. Wtedy dziewczyna rozkazała chłopcu: „Zaprowadź mnie szybko tam, skąd mnie zabrałeś”. Chłopak zrobił to widząc, że jest bardzo zdenerwowana i poprowadził ją aż do mostu. Gdy znaleźli się po drugiej stronie rzeki, dziewczyna nagle gwałtownie zrobiła się nienaturalnie wysoka i patrząc na niego groźnie krzyknęła: „Już więcej nie odważysz się nikogo uwodzić i uprowadzać. Twoje ciało zacznie gnić i będzie od ciebie czuć zapach stęchlizny”. Przerażony chłopak patrzył w wielkie, groźnie na niego spoglądające oczy i nie mógł się ruszyć. Po chwili oczy jakby zapadły się w sobie i nagle cała sylwetka dziewczyny runęła w dół i zniknęła. Została w tym miejscu tylko wielka kałuża wody. Chłopak zrozumiał, że był na zabawie z Rusałką i taki przestrach go ogarnął i słabość, że ledwo dowlókł się do domu w Janowcu. Potem wiele tygodni był bardzo chory, tak że ledwo go odratowano. Jednak jeszcze długo potem czuć za nim było wyraźny zapach stęchlizny.
 

 

"Tajemnice podziemi"

 

Janowiec. Jest lipiec 1997roku.  Na łące, naprzeciw zakładów papierniczych trwają sianokosy. Nagle ziemia zadrżała, słychać huk zapadających się mas ziemi. Wkrótce zalega cisza, tak jak gdyby nic się nie stało. A jednak to co było łąką zamieniło się w krajobraz jak po trzęsieniu ziemi. Ziemia zapadła się na głębokość od 2 do 6m.

 

Jaką tajemnicę kryją te zasypane podziemia?

 

Jest XVw. Trwają wojny husyckie, sieją zniszczenie i pożogę. Włóczą się bandy rozbójników. Nie ma spokoju ani bezpiecznych dróg. Nawet rzeka nie jest bezpieczna. Rzeczni piraci ograbiają flisaków i ludność przybrzeżną. I właśnie to oni znaleźli sobie schronienie w pobliżu rzeki Nysy, nieopodal wsi Johnsbach, obecnie Janowiec. Tam, gdzie wody płynące z gór wyżłobiły drogę do rzeki, wysoko na zboczu znaleźli pieczarę. Miejsce to stało się ich schronieniem i miejscem ukrycia łupów. Okazało się, że jest to długi, przestronny korytarz. Dostęp do kryjówki nie był łatwy, ale też doskonale zamaskowany. Tam mogli czuć się bezpieczni. Łódź ich, ukryta w nadrzecznych zaroślach była nie do zauważenia. Rządy nad grupą, twardą ręką , sprawował niejaki Żiżka. W wiosce, w Johnsbach, położonej wzdłuż strumienia, otoczonej lasami mieszkała z rodzicami i rodzeństwem dziewczyna piękna, rosła a przy tym harda i pracowita. Na imię miała Ursula. Każde z dzieci miało swój udział w pracach gospodarskich. Do obowiązków Ursuli należało gromadzenie chrustu, więc często wyruszała w las by ułożyć kolejną wiązkę, zarzucić na plecy i przynieść do domu. Las znała jak swoje podwórko, wiedziała, że nic złego nie może jej spotkać. Pewnego dnia poczuła niepokój, miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Rozejrzała się, nie było nikogo. Pomyślała - ot, zdawało mi się. I tak było kilka razy. Wzrastał w niej niepokój, a jak się okazało był on uzasadniony. Gdy kolejny raz udała się do lasu stanął przed nią mężczyzna potężnej postury o rysach ostrych, ale w oczach jego był zachwyt i łagodność. Zaskoczenie tym spotkaniem z nieznanym było ogromne. W pierwszej chwili lęk, ale gdy spojrzała w jego oczy ogarnął ją spokój lecz serce biło głośno. Wymienili między sobą kilka uprzejmości. Ursula nie śmiała wypytywać się kto zacz i skąd przybywa, ale poczuła wyraźną sympatię do tego człowieka. Nikomu nie wspomniała o tym spotkaniu, tak, jakby chciała, żeby pozostało to jej tajemnicą.
 

Spotkania powtarzały się, a wraz z nimi rosło uczucie. Rozstania stawały się udręką, pragnęli być ze sobą. Ursula poznała całą jego przeszłość i wiedziała, że rodzice nigdy nie wyrażą zgody na związek z kimś wyjętym spod prawa. Mimo, że Żiżko pochodził ze szlachetnego czeskiego rodu to jego awanturnicza, zbójecka działalność wykluczała go z grona kandydat ów do ręki panny. Mogli też znaleźć się i tacy, którzy by donieśli do władz o jego pobycie w okolicy. Groziło to jego uwięzieniem, a może nawet straceniem.  Uczucie było tak ogromne i szalone, że pewnego dnia Ursula nie powróciła do domu. Zaniepokojeni rodzice wraz z sąsiadami wszczęli poszukiwania. Niestety Ursuli nie znaleziono. Ślad i słuch o niej zaginął. Tymczasem Żiżko wprowadził Ursulę do zbójeckiej kryjówki i uczynił ją równą sobie. Zbójowali tak jeszcze kilka lat, aż urodził im się synek. W obawie, by za krzywdy wyrządzone ludziom Bóg nie pokarał ich dzieciątka postanowili rozdąć biednym nagromadzone bogactwa. Żiżko z Ursulą i synkiem wrócił,  jak syn marnotrawny,  do swoich rodziców. Radość ich była wielka, bo już stracili nadzieję na ujrzenie syna żywego. Wyprawili huczne wesele. Odzyskali nie tylko syna ale otrzymali piękną synową i wnuka. Niebawem nowożeńcy udali się do Johnsbach, do rodziców Ursuli prosić ich o wybaczenie i błogosławieństwo.

 

Ileż łez radości tam było i żalów i wymówek. Rodzice wybaczyli Ursuli i dali im swoje błogosławieństwo. Żizko i Ursula i ich dwóch synów żyli długo i szczęśliwie. Żiżko przejął schedę po rodzicach. Rządził mądrze i sprawiedliwie. Dbał o bezpieczeństwo na drogach. Skończyło się zbójowanie. W zasypanych podziemiach pewno można jeszcze znaleźć okruchy przechowywanych tam bogactw.

 

"Jeziorak"

 

Przed laty, w tym miejscu był staw wypełniony wodą. Raz było jej więcej, raz mniej, ale zawsze była. Pewnego dnia jeziorko zniknęło.

Dawno, dawno, może nawet 300 lub 500 lat temu, w Janowcu, tam, gdzie ostatnie domki wzdłuż strumyka postawiono było małe jeziorko - taki nieduży staw. Było to miejsce zabaw dla dzieci. Latem kąpiel, wanienka służyła za łódkę, a miotły były wiosłami. Zimą jeziorko było lodowiskiem. Zawsze brzmiał tam radosny śmiech. Gdy zmierzch zapadał jeziorko zaczynało lśnić, drżały krople wody. Wyglądało jak odbicie nieba. Może to gwiazdy tak migotały. Pojawiała się, nie wiadomo skąd, cicha, urzekająca muzyka, a z toni wynurzała się piękna dziewczyna. Czy to była rusałka, czy Zwodnica?

 

Czułymi słowy wabiła do siebie zbłąkanych młodzieńców. Obiecywała, że będzie wierną, że będzie kochać, że da szczęście którego im brak. Pełni ufności szli za nią i pogrążali się w odmętach wody. Wtedy rozlegał się jej groźny, tryumfalny śmiech, zalegała cisza, gasły światła na wodzie. Ktokolwiek słyszał ten śmiech drżał pełen obaw, bo był to znak, że jezioro wzięło kolejną ofiarę. Mieszkańcy, gdy zmierzch zapadał, z dala omijali jeziorko. Zdarzało się jednak Zwodnicy zwabiać do siebie kolejnych nieszczęśników, którzy szukali u brzegu wody pocieszenia. I trwało tak setki lat. Pewnego wieczoru pojawił się nad brzegiem wody piękny chłopak o imieniu Olaf i śpiewał o swoim szczęściu, że kocha, że jest kochany. Wtedy wynurzyła się z wody Zwodnica i stanęła zasłuchana w ten radosny śpiew. Obudziło się w niej serce i zapałała miłością do Olafa i zapragnęła by ten śpiew był dla niej. Prosiła, błagała by został z nią. Bezskutecznie i wtedy przysięgła mu, że będzie czekać na niego nawet sto lat. Minęło sto lat, a Olafa nie było. Zrozpaczona udała się w podziemia i zabrała ze sobą jeziorko.

 

 

"Jak to z Hermanlem było"

 

Na wschodnim zboczu gór Sowich (obecnie góry Bardzkie) obok Janowca była sztolnia, gdzie górnicy, drążąc korytarz, centymetr po centymetrze wydobywali ałun, a czasem i ołów.W sztolni mieszkał karzeł Hermanl, który towarzyszył górnikom przy pracy - ostrzegał ich przed spadającymi kamieniami, przed nagłym przypływem wody, gdy Nysa mogła uniemożliwić im bezpieczne opuszczenie kopalni. Górnicy dzielili się z nim tym, co mieli do jedzenia. Odchodząc zostawiali mu resztki swojego skromnego pożywienia. Nocą karzeł Hermanl odpoczywał - nie musiał wtedy czuwać nad bezpieczeństwem górników. Rzeka, szum wody, działał na niego kojąco. Spał spokojnie.

 

Dawniej rzeka Nysa była drogą wodną. Przewoźnicy często wyprowadzali swoje łódki i barki na brzeg w okolicy Janowca, nieopodal sztolni. Podczas jednej z nocnych przepraw hałasu, gwaru było co niemiara. Może przewoźnicy pokłócili się o zarobek, a może świętowali, a napój rozgrzewający lał się w nadmiarze. Kto wie jak to było? Niemniej hałas ten zbudził Hermanla. Nie podobało mu się, że przeszkadzają mu nocną porą w odpoczynku i obrzucił łódkę przewoźników kamieniami. Przewoźnicy rozeźleni, nie namyślając się wcale, odrzucili kamienie w stronę karła, celując przy tym jak „bielawski chłop w krasnoluda”. Rano, gdy wzeszło słońce, w łódce przewoźnicy zauważyli resztki kamieni, którymi rzucał karzeł. Było to czyste złoto. Od tej pory wszyscy przepływający obok sztolni rzucają po jednym kamieniu, jako zapłatę dla karła Hermanla, licząc po cichu na to, że on tam nadal przebywa i zacznie rzucać w nich złotem. Kopalnia od imienia zamieszkującego w niej karła nosi nazwę Hermanlloch.

 

 

Na podstawie „Am Born der Heimat, rocznik 1926” i dawnych legend rejonu Barda, opracował Michał Stysz.

 

''Jak to z nazwą wsi Janowiec było''

 

Jak w każdej legendzie, wszystko zaczęło się przed wieloma laty. Dawno, dawno temu, na zboczu góry stała samotna zagroda. Mieszkał w niej stary owczarz, a na imię miał Jan. Nikt nie wiedział ile miał lat. Nie było nikogo kto by pamiętał kiedy Jan się urodził.

 

 

Wszyscy w okolicy, którzy znali starego Jana byli zdziwieni widząc jak lekko stąpa po najbardziej stromych zboczach, jak dobrą ma kondycję i co najbardziej wszystkich zdumiewało, nigdy nie chorował ani on ani jego owce. Pytali starego Jana, jak on to robi, że tak się dzieje. Odpowiedział: przez wiele lat podpatrywałem moje owce. Poznałem wiele ziół, które niosą ulgę w cierpieniu i pomagają przezwyciężyć chorobę. Nie bardzo chciano wierzyć staremu człowiekowi. Podejrzewano nawet, że pomagają mu skrzaty lub, że wszedł w konszachty z samym diabłem. Bano się starego Jana, ale też szanowano go, bo nigdy nie odmawiał pomocy. Był spokojny i rozważny. Pomagał jak mógł i umiał. A to poskładał połamaną nogę, a to wyleczył ziołami nie gojące się rany. Sława Jana sięgała coraz dalej i docierała w najdalsze zakątki gór. Coraz więcej ludzi wędrowało z nadzieją na ratunek, pytając o drogę do osady, w której mieszkał Jan, który ma dużo owiec. Z czasem zaczęto pytać o Jana od owiec i w końcu osadę tę nazwano Janowiec, a potok, w pobliżu którego stała zagroda starego Jana, od zdrobnienia jego imienia nazwano Jasionowiec.

 

                                                            Luba Hołówka

 

O "Diable" z Janowca

 

Kamieniecka Księga Zmarłych odnotowała co następuje: "Roku Pańskiego 1332 w poniedziałek wieczorem, w wigilię św. Barbary, do wsi Jonsbach ( Janowiec ) zszedł z gór sam diabeł, co gospodę i dwie chałupy blisko lasu z ogniem puścił, a życia ośmiu ludzi pozbawił, zanim go chłopi ubili." Tyle sucha notatka w dokumentach, a jak doszło do tej tragedii  opowiem.

 

Miron przyszedł na świat dziesięć miesięcy po święcie Kupały. Po nocy gorącej i pełnej namiętności.Matka nigdy nie zdradziła mu, kto jest jego ojcem. Miron był dzieckiem o nieprzeciętnych zdolnościach, ale niestety los nie był dla nieco łaskawy - był szpetny i garbaty. Miał za to złote ręce i złote serce. Potrafił wszystko zrobić, nikomu nie odmawiał pomocy.Od najwcześniejszych lat pracował bardzo ciężko by zarobić na siebie i pomóc matce. Ale niestety, szydzono z niego. Wyśmiewano i nadużywano jego dobroci. Matce też wypominano, że jej syn jest bękartem. Oboje zajmowali izbę obok karczmy, gdzie matka była pomywaczką. A Mirona wykorzystywano do różnych prac. Często ponad jego siły. Miron dorastał i nadszedł czas gdy pokochał gorącą młodzieńczą miłością córkę karczmarza. Ta widząc jego uczucia naśmiewała się z niego. Kpiła i kazała spełniać coraz to nowe zachcianki. Karczmarz, gdy się dowiedział, że Miron ośmielił się zakochać w jego córce rozkazał jemu i jego matce wynosić się z izby, którą zajmowali. Zostali bez mieszkania i pracy, a był to początek zimy. Prosili o pomoc tych, którym Miron przez wiele lat pomagał. Niestety ich serca i domy były dla nich zamknięte. W wigilię św. Barbary opuścili z węzełkiem na plecach swoją rodzinną wieś Janowiec. Wieś szybko o nich zapomniała, ale Miron pamiętał. Pamiętał, że matka zmarła z nędzy, pamiętał o szyderstwach i upokorzeniach. Minęło kilkanaście lat, a w Mironie wzbierała żałość, złość i nienawiść. Zaczął myśleć o zemście za swoje i matki krzywdy. I wrócił do wsi w wigilię św. Barbary Przebrany za diabła. Co się wtedy wydarzyło, to już wiecie. W diable nikt nie rozpoznał ich dawnego współmieszkańca – garbatego Mirona.

 

 

O zaklętych braciach i siostrze

 

Dawno, dawno temu nieopodal wsi Janowiec na wzniesieniu górującym kilkadziesiąt metrów nad rzeką stał gród strzegący bursztynowego szlaku. Mieszkała tam wraz ojcem i czterema braćmi piękna kasztelanka Hanna. Opiekował się nią i wychowywał ojciec. Matuś jej zmarła podczas kolejnego połogu. Gdy Hanna miała 6 lat. Była oczkiem w głowie braci. Marzeniem ojca było wydanie córki za bogatego dziedzica z niezbyt odległego Bożkowa dziedzic ów był bardzo majętny, dwukrotny wdowiec i bezdzietny. Był powszechnie poważany. Chorował trochę na jedną nogę. Lecz kasztelanka Hanna urocze dziewczę z długim i złotym jak pszeniczny łan warkoczem pokochała pierwszą młodzieńczą miłością giermka Przemka. 

 

 

Przemko dzielny lecz ubogi odwzajemnił uczucie i poza Hanką nie widział świata lecz uczucie swe ukryli przed wszystkimi i mieli nadzieję że kochający ojciec da się ubłagać i zezwoli im na małżeństwo. Któregoś dnia jak wracali z potajemnej schadzki zagrodzili im drogę czterej bracia Hanki. Bracia od dłuższego czasu podejrzewali siostrę że spotyka się z Przemkiem. Postanowili przerwać ten niewłaściwy romans stanęli w rzędzie przed nimi i postawili warunek:  siostro nasza przejdź dalej i wracaj do domu sama ty zaś biedaku wynoś się stąd i dziękuj bogu że z życiem uszedłeś,siostra odmówiła : Bez Przemka nie wracam do domu miłość ma jest ważniejsza od zaszczytów tytułów i bogactwa! W tym czasie przechodził nieopodal słynny Liczyrzepa. Rzadkość to była niesłychana albowiem Liczyrzepa duch gór zamieszkiwał wyższe partie gór i tylko z rzadka zapuszczał się w te rejony. Będąc świadkiem tego zdarzenia zasępił się bardzo. Widząc rozpacz młodych i zajadłość braci zamienił ich w drzewa. I stoją tak do dziś Hanna w uścisku z Przemkiem a na przeciw czterej bracia których imion już dawno nikt nie pamięta. Gdy najważniejsza wartością na ziemi stanie się miłość powrócą do ludzkich postaci...

 

 

A czy to się kiedykolwiek stanie ...?